ROSALIE
Całe spotkanie z Rodrickiem potrwało zaledwie kilka chwil. Kilka chwil, które dały Rose wiele do myślenia. Przesycone alkoholem powietrze dobiegające zza starych, obdrapanych przez czas drzwi, wdarło się w jej nozdrza już w pierwszym momencie, gdy tylko zobaczyła stojącego w przejściu Roda. Chciała mu powiedzieć tak wiele, podziękować, przeprosić i nawet poprosić o powrót. Niestety, niewiele z tego wyszło, zresztą jak zwykle, gdy planuje się cokolwiek. Miała przytyć, obiecała sobie odżywiać się normalnie, chociażby dla James'a, który tamtego felernego dnia czekał na nią w parku. Nie dotarła, przespała za to całe popołudnie, wieczór, noc i nawet kawałek ciepłego poranka. Planowała wiele zmian, jak zwykle wszystkie wzięły w łeb już przy pierwszym podejściu.
Szczególnie ten, w którym miała nadzieję, że w końcu się zakocha. Szczęśliwie zakocha.
- Rosie, bądź dziś dla niego miła, błagam - szepnął Oskar mijając ją w kuchni.
Otwierając lodówkę uderzył ją zapach jedzenia. Tak wiele różnych potraw, półgotowych dań, a nawet kilka nadgryzionych, zaczęło tak emanować swoją wonią, że po krótkiej chwili zakręciło jej się w głowie. Zwymiotowała prosto do zlewu.
- Mała, nic ci nie jest? - wyglądając zza przejścia wydawał się być przejęty. Obiecał sobie opiekować się siostrą; zbyt wiele razy nawalił. Przytrzymał jej włosy łapiąc je w kucyk i odczekał chwilę, aż się uspokoi.
- Nic mi nie będzie, spokojnie - opłukując usta zabrała włosy z jego ręki i odeszła zamykając po drodze lodówkę. - Mógłbyś mi skoczyć po jakiś jogurt?
- Jasne, chwilę. Babciu, chcesz coś ze sklepu?
- Nie, nie, kochanie. Tylko wróć zaraz - kręcąca się po salonie staruszka odkurzała starannie stojące w rogach wysokie kwiaty, z liśćmi uginającymi się pod swoim ciężarem. Uwielbiała je, uwielbiała pracę przy roślinach. Prawie tak, jak kochała dwójkę swoich ulubionych wnucząt. - Rosalie, herbata ziołowa jest w górnej szafce, zaparz sobie, słonko.
Dziewczyna skinęła jedynie głową, zupełnie jakby wiedziała, że i tak będzie musiała ją wypić. Przyzwyczaiła się do obrzydliwego zapachu, który roztaczał ciepły wywar kupiony w jakimś podrzędnym sklepie zielarskim. Ale działała na apetyt.
Już miała pomóc babci, gdy ciszę zakłócił dzwonek. Dźwięk rozniósł się po całym domu, ale tylko Rose odwróciła głowę w stronę drzwi. Staruszka pilnie odkurzała kolejne rośliny, sprawiając, że ich grube, pokryte woskiem liście znów zaczynały błyszczeć.
- Otworzę - ucałowała ją w pomarszczony policzek i na palcach podbiegła do drzwi, po czym uchyliła je na tyle, by móc dostrzec sylwetkę gościa stojącego za nimi.
- Cześć. Mogę?
- Jasne, pewnie - odpowiedziała po chwili, rozpoznając głos osoby stojącej w półmroku. Uśmiechnęła się do siebie, ciesząc się, że naprawdę przyszedł. - Oskie skoczył do sklepu, zaraz powinien przyjść. Rozgość się - gestem dłoni zaprosiła go do salonu, przyglądając mu się ukradkiem.
Zdecydowanie nie był w jej typie. Ciężkie buty odbijały się echem po korytarzu, zostawiając na podłodze brudne ślady. Kilka łańcuchów, skóra i kolczyki dodawały mu swego rodzaju uroku, ale ją przyprawiały jedynie o gęsią skórkę. Włosy potargał mu zimny, wieczorny wiatr, tak więc układały się we wszystkie strony sprawiając, że z takim artystycznym nieładem wydawał się być jeszcze bardziej przerażający. Musiała jednak przyznać, że ton jego głosu był zdecydowanie przyjazny i było w nim coś, co sprawiało, że chciała dowiedzieć się o nim czegoś więcej.
- Kawy? Herbaty? Coś... mocniejszego? - zapytała niepewnie, nie mając pojęcia czy aby na pewno wygląda na tyle lat, ile posiada. Nie wiedziała o nim nic, prócz tego, że lubi grać i ma na imię Rodrick.
Rodrick.
Zupełnie jak średniowieczny rycerz. Rycerz w czarnej zbroi, okuty łańcuchami, trochę opętany, czasem zjadający koty w towarzystwie równie mrocznych pań, przy muzyce tak ciężkiej, że jedynie nieliczni są w stanie jej słuchać. A koty obiera zawsze w lewo.
Uśmiechnęła się idąc w stronę kuchni, nie słysząc nawet jego odpowiedzi.
- Kawę, jeśli można - rozsiadł się na lekko wytartej kanapie i rozejrzał po salonie. Gdzieniegdzie mógł dostrzec stare fotografie, inne były zrobione całkiem niedawno. Na każdym ludzie byli uśmiechnięci. Szczęśliwi. Nie znał tego świata, był mu wręcz zbyt odległy.
- Proszę - przyniosła kawę na stolik ponaglając samą siebie za głupi żart z kotem. Miała tylko nadzieję, że nie powiedziała tego na głos. Widocznie nie, skoro się jeszcze na nią nie rzucił. Już denerwowała się w duchu na Oskara, że kazał jej czekać w jednym pomieszczeniu z kimś " takim ", gdy drzwi nagle się otworzyły. Wpadł jak burza marudząc na pogodę. Nawet nie zauważył, że Rod już przyszedł. Położył jogurty na szafce i zanim zdążył ściągnąć buty Rose zabrała kilka i w pośpiechu pognała na schody kiwając mu jedynie głową w stronę kanapy. Podszedł niepewnie i zauważając burzę ciemnych włosów odetchnął z ulgą.
- Cześć. To jak, gramy? - zapytał podając dłoń osobie, która już niedługo miała obrócić jego świat do góry nogami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz