BABCIA
Czasem
bywa tak, że mimo szczerych chęci nie potrafimy uciszyć swoich myśli. Są jak
natrętna mucha bzycząca nad uchem i nie dająca o sobie zapomnieć. Jest maleńka,
więc jej nie widać, ale mimo to wiadomo, że gdzieś tam jest.
Elainore
dokładnie tak się czuła. Jedna myśl cały czas krążyła po jej głowie, mimo, że
tak usilnie próbowała o niej zapomnieć. Ale świadomość nie dawała za wygraną.
Musiała
być silna, choćby ze względu na dwójkę młodych ludzi, których teraz jako prawny
opiekun miała pod swoimi skrzydłami.
Taka
tragedia. Tak młody wiek. Nie potrafiła sobie darować. Jej jedyny syn i synowa…
Za każdym razem gdy o tym myślała łzy stawały jej w oczach. Tęskniła za nimi
nie bardziej niż Rose i Oscar. Ale gdyby nie ona, to gdzie teraz by byli? Nie
wyobrażała sobie kruchej wnuczki zostawionej na pastwę losu i biednego Oskiego,
który musiał nad wyraz szybko wydorośleć.
Oczami
wyobraźni widziała, jak rozpędzony samochód wpada w poślizg na ciemnej drodze i
zderza się z jeepem. Na pogrzebie nawet nie otwarto trumny. Wtedy właśnie
Rosalie zemdlała pierwszy raz i wywiozła ją karetka na sygnale. Oscar oczywiście
zabrał się z nimi, bo mimo, iż czasem buduje wokół siebie mur zimnego i
krytycznego drania, to siostra i babcia były dla niego najważniejszymi istotami
we wszechświecie.
Nie
mniej jednak, ani jedno ani drugie nie dotrwało zakończenia pogrzebu.
Szkoda
tylko, że straciła z wnukami tak dobry kontakt, jak miała zanim państwo Sonenclare
odeszli. Rose potrafiła cały dzień spędzić w swoim pokoju zamykając drzwi na
klucz i oddając się swojej pasji- sztuce. Oscar przeszedł stratę w odrobinę
inny sposób. Oprócz dość niekonwencjonalnego stroju i ufarbowanych na głęboką czerń
włosów, potrafił słuchać swojej demonicznej muzyki nie dając spać sąsiadom i
mimo ich kpin, zapewniał kiedyś, że będzie sławny wraz ze swoim zespołem. Miał
jeszcze jedną tajemnicę, która już niedługo miała wyjść na jaw…
RODRICK
Dogadanie
się z tatą nie zajęło mu dużo czasu. Zgodnie ustalili, że póki matka nie
wytrzeźwieje, zbyt dużo nie zdziałają. Steve Gibson zostanie tutaj przez kilka
dni. Rodrick grzecznie podziękował ojcu i mimo, że bardzo próbował się z tym
ukryć, w jego głosie oprócz wdzięczności dało się wyczuć także znużenie całą
sytuacją. Przede wszystkim jednak był ogromnie wściekły, że niedojrzała
kreatura, jaką jest Steven Gibson, jego za przeproszeniem ojciec, zostawił go
samego z tą sytuacją. Gdyby teraz odmówił mu pomocy… Rods mocniej zacisnął
pięści i zostawił ojca przed telewizorem, przerzucając wojskową torbę przez
ramię i wychodząc bez słowa.
Próba
zespołu była jedną z najlepszych rzeczy jakich doświadczył w ostatnim czasie.
Zrządzenie losu, że Oscar poszukiwał akurat perkusisty. Co prawda jego stara,
poczciwa perkusja walała się nadal wśród kartonów gdzieś w pachnącym alkoholem
mieszkaniu, jednak basista, Jerry, na czas prób użyczył mu swojej. Wspólnymi
siłami wtaszczyli ją do przerobionej na prowizoryczne studio piwnicy w domu
Oskiego i grając kilka coverów, po dwóch godzinach mieli próbę za sobą. Oscar
chodził dumny jak paw, wróżył im świetlaną przyszłość i co chwilę powtarzał, że
są niesamowici. Rod mimo woli
uśmiechał się pod nosem. Czuł, że to miejsce należy do niego. Że on należy do
tego miejsca. Że w końcu jest tam, gdzie powinien. Podziękował chłopakom za
próbę i powoli zaczął pakować pałeczki do torby, kiedy Oskie zapytał, czy nie
ma ochoty na piwo.
Wzdrygnął
się.
Piwo.
A l k o h o l.
Głośno
wciągnął powietrze i grzecznie odmówił.
Wspiął
się po schodach i już miał wychodzić, kiedy napotkał zmęczone spojrzenie
wielkich oczu znad jogurtu. Przyglądała mu się badawczo, jakby był dla niej
interesujący… i przerażający jednocześnie. Nie bardzo wiedział co robi, ale
słowa same płynęły z jego ust:
-
Mógłbym gdzieś cię zabrać? - Czuł się jak jeden z tych kolesi, co to mają
więcej żelu niż włosów i sypią takimi tekstami do każdej laski w klubie. Żeby
dodać sobie pewności, schował obie ręce w kieszenie. - To znaczy… Próba się
skończyła a ja nie chcę wracać jeszcze do domu i w ogóle. A Oskie i Jerry
postanowili się spić, a ja nie piję i…
-
Dobrze – przerwała mu cicho.
Rodrick
zamrugał oczami. Rose odstawiła kubeczek z jogurtem na blat stołu i założyła
buty. Niewiele myśląc wyszli razem nic nikomu nie mówiąc.
Większość
drogi szli w milczeniu. I jedno i drugie nie miało w sobie tyle odwagi, żeby
podsunąć temat. Chwilę później drogę zabiegło im jakieś stworzenie. Rosalie
krzyknęła cicho, a Rodrick się zaśmiał. Okazało się, że to tylko kot, co
przypomniało dziewczynie żart, jaki przypisała długowłosemu i sama się
zaśmiała. Nadal trochę ją przerażał. Zegar wskazywał prawie północ, a ona
szlajała się z dala od domu z potencjalnym mordercą kotów. Szybko odgoniła te
myśli.
-
Na czym grasz? – spytała w końcu.
-
Perkusja.
-
Długo?
Skinął
jedynie głową mrucząc coś pod nosem.
-
Ja rysuję – powiedziała, żeby go zachęcić.
Spojrzał
się na nią. Wbiła wzrok w swoje buty rumieniąc się po uszy. Jak dobrze, że jest
ciemno.
-
Wiążesz z tym swoją przyszłość? – zapytał całkiem poważnie.
Pokręciła
głową.
-
Chyba nie jestem w tym wystarczająco dobra.
Uśmiechnął
się przypominając sobie rysunki, które wieńczyły ścianę jej pastelowego pokoju.
-
Jesteś dobra. Znaczy… Widziałem rysunki. W twoim pokoju.
Schowała
włosy za ucho analizując wczorajszy wypadek i ingerencję Rodrica. Gdyby nie on…
Kto wie kiedy Oskie by ją znalazł, biorąc pod uwagę, że rzadko wynurza się ze
swojej Ciemni.
-
Dziękuję… za wczoraj.
Rod
skinął głową. Przeszli kilka metrów, aż znaleźli się na małej, niestrzeżonej
plaży. Mimo ciemnej nocy jaśniała setką świateł. Rosie aż zabłyszczały oczy.
Pojedyncze światełka w różnych kolorach wzbijały się w niebo tworząc naturalny,
ogromny żyrandol. Ludzie robili zdjęcia i co chwila odpalali kolejne światełka.
Rods
usiadł na wydmie i poczekał, aż Rosalie się do niego dosiądzie. Nie trwało to
długo. Wpatrywała się w wieniec lampionów jak zaczarowana nie zwracając uwagi
na zimno. A trzęsła się niemiłosiernie. Nie bardzo wiedząc, czy może objąć ją
ramieniem, narzucił jej na ramiona swoją skórzaną kurtkę. Spojrzała na niego
przez moment wzrokiem pełnym wdzięczności, po czym znów wlepiła wzrok w korowód
świateł.
-
Rosalie? – szepnął. – Nie rób tego więcej.
Dokładnie
wiedziała o co mu chodzi. O nie-jedzenie. O unikanie posiłków. O mdlenie. A
przede wszystkim o sprawianie niewysłowionej przykrości babci i Oscarowi.
Nie
zabrzmiało to jak reprymenda. Bardziej jak prośba. Skinęła głową.
-
Obiecuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz