piątek, 24 maja 2013

2.

ROSALIE

Krążąc wokół niewielkiego kuchennego stołu w cienkiej, satynowej pidżamie podskakiwała na palcach, niczym niespełniona baletnica. Nucąc pod nosem ulubioną piosenkę The Kooks zebrała naczynia i odstawiła wszystko do zlewu nie zauważając nawet, że do kuchni weszła staruszka o niesamowicie przyjaznym wyrazie twarzy i głębokich, silnie czekoladowych, pełnych czułości i troski oczach. Podobna była do królowej Elżbiety, może trochę starsza, trochę bardziej posiwiała i z większą ilością zmarszczek na czole, ale to nie Elżbieta ma na głowie dwójkę dorastających ludzi. 
- Dzień dobry, babciu - prawie unosząc się nad wyłożoną kafelkami podłogą, w stylu tych restauracyjnych z lat 50-tych - specjalnie dla babci, musnęła ją w sam środek czoła i opadła na pięty spoglądając chwilę na nią.
- Rosalie, co ja ci mówiłam o bosych stopach? Ubierz się, proszę i zrób coś z tymi włosami - chwytając w słabe dłonie koniec długich, pofalowanych pasm w kolorze nadmorskiego piasku przeczesała je delikatnie. - Jadłaś dziś już coś?
- Już idę na górę, zaraz się przebiorę. Poza tym mamy weekend, jest dopiero dziesiąta i nie spodziewamy się gości. Świat się nie zawali, gdy trochę postraszę w domu - omijając doskonale niewygodne pytanie popędziła w stronę schodów, z których właśnie schodził wysoki młodzieniec. 
- Ubierz się, błagam - warknął. 
- Przebierz się, błagam - odpowiedziała i zlustrowała jego kolejną czarną kreację. Według niej przechodził po prostu dłuższy niż jego rówieśnicy okres buntu, a czernią wyrażał taki właśnie stosunek do świata. Zwisający na szyi krzyżyk i wyłaniające się zza rękawów tatuaże, czy kilka kolczyków na twarzy zdecydowanie odsuwały ją od niego z każdym dniem coraz bardziej.

Po śmierci rodziców był dla niej jedynym bohaterem, obrońcą i ojcem w jednym. Babcia zaopiekowała się nimi wręcz od razu, lecz nie ona odprowadzała ją do szkoły, a przede wszystkim nie była w stanie obronić jej przed kretynami uganiającymi się za niewinną twarzyczką i chodzącą naiwnością. Każdo z nich stratę przechodziło na inny, własny sposób. Oskar stał się opryskliwy i zamknięty w sobie; całe dnie spędzał w piwnicy marząc o prawdziwym zespole i koncertach, a Rose skupiła się na sztuce. Niestety żałoba wywarła na niej również negatywne skutki. Potrafiła nie wychodzić z pokoju przez kilka dni, nie jeść, nie rozmawiać z nikim, poza znajomymi z drugiej strony stanu, czy nawet świata, którzy rozumieli ją tak, jak nikt inny. Organizm Rosalie zaczął się buntować i w końcu zaczęła lądować w szpitalu. Nic nie dały terapie i szerokie grono psychologów. Nadal często zdarza jej się pomijać posiłki i wcale nie z powodu swojej wagi, która wisiała na włosku, a z powodu braku jakiejkolwiek kontroli. Nie mogła przywrócić rodzicom życia, była bezsilna. Nic nie mogła zrobić. Jednak mogła zrobić coś ze sobą, ze swoim ciałem. Kilkukrotnie powtórzyła, że najchętniej dołączyłaby do rodziców, przez co babcia sama musiała brać więcej leków niż zwykle. Ale nie dziś, dziś miała znakomity humor, choć nikt nawet nie wiedział z jakiego powodu. 

- Jeszcze kilka godzin - uśmiechając się spojrzała na zegar z kwiatowym wzorem na tarczy. Pokój nie należał do największych, ale miała w nim wszystko, czego potrzebowała. 
Mała garderoba, lub raczej przesuwana szafa, zatrzeszczała cicho i ukazała wnętrze rodem z nowojorskiego butiku. Wyciągając tunikę w delikatnym, łososiowym kolorze i czarne rurki, zauważyła, że z górnej półki wystaje niewielki róg jakiegoś zeszytu, ewentualnie książki. Przeklinając swój wzrost stanęła na palcach i już czuła papierowy grzbiet pod opuszkami, gdy nagle poczuła, że świat kręci się w drugą stronę i upadła prosto na puchowy, biały dywan. Szczęście pozwoliło jej upaść obok szafki nocnej, omijając głową ostre rogi. 
Kilka, może kilkanaście minut później ciężkie buty stanęły na progu drewnianego parkietu, jakim był wyłożony dziewczęcy pokój. Z ich cholewek wylewały się długie, szczupłe nogi, odziane w podarte spodnie, a wszystko kończyło się zdezorientowanym wyrazem twarzy przysłoniętym ciemną grzywką. 
- To raczej nie jest łazienka - powiedział sam do siebie i już miał wyjść, gdy zauważył, że pokój nie jest pusty. Na podłodze, zza łóżka, wystawała niewielka dłoń i kłąb blond włosów. Wrodzona ciekawość nie pozwoliła mu odejść obojętnie. 
Podszedł powoli i wyciągając długą szyję zaczął dostrzegać coraz to dalsze partie ciała lokatorki. Leżała wyciągnięta na dywanie, z twarzą całkowicie zasłoniętą i nienatualnie ułożoną dłonią. Widząc, że coś zdecydowanie jest nie tak, kucnął i sprawdził puls. Wyczuwając lekkie drganie chwycił ją szybko na ręce, po czym wołając Oskara zszedł na parter. Ułożył bezwiednie zwisające ciało na kanapie i złapał za telefon, by jak najprędzej wybrać numer pogotowia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz