piątek, 24 maja 2013

1.

RODRICK



Z wielkich, czarnych słuchawek leciała głośno ostra muzyka. Ciemne, opadające gładko na oczy i ramiona włosy chowały twarz, która nie zdradzała żadnych emocji. Wysoki osobnik szedł, chowając obie dłonie w kieszenie. Z koszulki uśmiechał się zadziornie lekko sprany Oliver Sykes wraz z zespołem, a z czarnych, podartych rurek zwisał mozolnie ciężki, stalowy łańcuch. Mijał ludzi obojętnie, jednak oczami, schowanymi za lustrzanymi pilotkami, uważnie lustrował każdego mijanego przechodnia. Lubił przyglądać się ludziom, potajemnie każdemu z nich dorabiał życiorys. Każdy posiadał inny, równie mroczny i tajemniczy, co aura, jaką rozsiewał wokół siebie.
Głośny stukot glanów na chwilę ucichł. Zatrzymał się na pasach. Wcisnął przycisk zmieniający światła, po czym pierwszy raz rozejrzał się dookoła. Spojrzał się w prawo, potem w lewo, po czym lekko przechylił głowę w bok, jakby nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Ściągnął okulary z nosa i podszedł bliżej, ignorując zielone światło. Zrobił kilka kroków w stronę pobliskiej tablicy informacyjnej, po czym zerwał kartkę w kratkę zapisaną niedbałym, pismem, które bardziej przypominało kulfony, niż litery. Przeczytał kilka razy, zapamiętał adres, po czym odwiesił kartkę na miejsce i puścił się biegiem w stronę pasów, na których już mrugało światło.



Dom był ogromny, ale nie przesadnie urządzony. Skromny ogródek zarastało jedynie kilka krzaczków, a podjazd stanowiła ubita ziemia. Mocno zacisnął obie, chude dłonie na wojskowej torbie, aż zbielały mu kłykcie. Zazwyczaj się nie denerwował, jednak teraz czuł niepokój, którego źródła nie potrafił określić. Nacisnął przycisk dzwonka, po czym rozejrzał się po wejściu. Skromne, dwuskrzydłowe drzwi aż błagały się o odmalowanie, a z wycieraczki starł się już napis Welcome!
Chwilę później otworzyły się drzwi, a w nich stanęła stara, poczciwa kobiecinka, która wyglądała, jakby przetrwała od paleozoiku. Odchrząknął.
- Dzień dobry – zaczął niskim, dźwięcznym głosem.
- Dzień dobry, złociutki. – Czuć było strach w głosie kobiety. Wcale się nie zdziwił, wręcz przeciwnie, był zaskoczony, że zareagowała tak spokojnie. Żadnych staruszek w autobusie bijących cię po głowie parasolką. Żegnaj, Nowy Jorku!
- Ja… – zaczął, choć nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Potarł kark chcąc dodać sobie odwagi. – Widziałem ogłoszenie, ale chyba pomyliłem adresy.
Uśmiechnął się przepraszająco i już miał się odwrócić na pięcie, kiedy zatrzymał go męski głos.
- Ty pewnie do zespołu, co?
Spadł z niego niewidzialny ciężar. Nie pomylił adresu. Spojrzał przez ramię i skinął głową.
- Awesome. Na czym grasz?
Odwrócił się, sięgnął do torby i wyjął parę poniszczonych pałeczek z autografem CC. Chłopakowi w drzwiach momentalnie rozszerzyły się źrenice. Uśmiechnął się z podziwem i podał mu dłoń.
- Oscar.
- Rodrick – powiedział już nieco pewniej wyginając usta w uśmiech.



Mieszkanie w środku było umeblowane równie skromnie, co reszta domu. Nie czuć było biedy, jednak przepych nie bił po oczach. Rodrick czuł się tu bezpiecznie, jakby w tym domu nie działo się nic złego. Zatrzymał się na moment.
- Muszę do łazienki.
Oscar spojrzał się na niego i wskazał drzwi po prawej stronie schodów.
- Będę w piwnicy. Łazienka jest na piętrze, ostatnie drzwi na lewo.
Ro skinął głową po czym poczekał, aż chłopak zniknął za drzwiami i prawie wleciał na górę.
Teraz zaczyna panikować? On, człowiek, który ma wszystko gdzieś? Ale z drugiej strony, zawsze o tym marzył. To dla niego życiowa szansa. Wchodząc po schodach oddychał głęboko i powoli, ważąc każdy oddech i każdą myśl. Wszystkie drzwi na piętrze wyglądały identycznie, toteż szybko stracił orientację w terenie. Zdezorientowany chwycił za klamkę środkowych i pchnął.
Uderzył go kwiatowy zapach, po oczach biły pastelowe kolory. Cały pokój zdawał się być przygotowany po to, żeby uspokajać. W niczym nie przypomniał jego nory zawalonej kartonami, których jeszcze nie rozpakował, z pojedynczą, zapadłą pryczą i ogromnym plakatem Matta Tucka na drzwiach. Tutaj na ścianach królowały kwiaty, pejzaże i zdjęcia roześmianych nastolatek, łóżko było ogromne, podwójne i idealnie zasłane. Naprzeciwko niego stał skromny regał pełen książek, a obok niego biurko. Ciasny, ale przytulny kącik. Już chciał się odwrócić i wyjść, kiedy zdał sobie sprawę, że nie jest sam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz