środa, 26 czerwca 2013

7.



BABCIA


Czasem bywa tak, że mimo szczerych chęci nie potrafimy uciszyć swoich myśli. Są jak natrętna mucha bzycząca nad uchem i nie dająca o sobie zapomnieć. Jest maleńka, więc jej nie widać, ale mimo to wiadomo, że gdzieś tam jest.
Elainore dokładnie tak się czuła. Jedna myśl cały czas krążyła po jej głowie, mimo, że tak usilnie próbowała o niej zapomnieć. Ale świadomość nie dawała za wygraną.
Musiała być silna, choćby ze względu na dwójkę młodych ludzi, których teraz jako prawny opiekun miała pod swoimi skrzydłami.
Taka tragedia. Tak młody wiek. Nie potrafiła sobie darować. Jej jedyny syn i synowa… Za każdym razem gdy o tym myślała łzy stawały jej w oczach. Tęskniła za nimi nie bardziej niż Rose i Oscar. Ale gdyby nie ona, to gdzie teraz by byli? Nie wyobrażała sobie kruchej wnuczki zostawionej na pastwę losu i biednego Oskiego, który musiał nad wyraz szybko wydorośleć.
Oczami wyobraźni widziała, jak rozpędzony samochód wpada w poślizg na ciemnej drodze i zderza się z jeepem. Na pogrzebie nawet nie otwarto trumny. Wtedy właśnie Rosalie zemdlała pierwszy raz i wywiozła ją karetka na sygnale. Oscar oczywiście zabrał się z nimi, bo mimo, iż czasem buduje wokół siebie mur zimnego i krytycznego drania, to siostra i babcia były dla niego najważniejszymi istotami we wszechświecie.
Nie mniej jednak, ani jedno ani drugie nie dotrwało zakończenia pogrzebu.
Szkoda tylko, że straciła z wnukami tak dobry kontakt, jak miała zanim państwo Sonenclare odeszli. Rose potrafiła cały dzień spędzić w swoim pokoju zamykając drzwi na klucz i oddając się swojej pasji- sztuce. Oscar przeszedł stratę w odrobinę inny sposób. Oprócz dość niekonwencjonalnego stroju i ufarbowanych na głęboką czerń włosów, potrafił słuchać swojej demonicznej muzyki nie dając spać sąsiadom i mimo ich kpin, zapewniał kiedyś, że będzie sławny wraz ze swoim zespołem. Miał jeszcze jedną tajemnicę, która już niedługo miała wyjść na jaw…


RODRICK


Dogadanie się z tatą nie zajęło mu dużo czasu. Zgodnie ustalili, że póki matka nie wytrzeźwieje, zbyt dużo nie zdziałają. Steve Gibson zostanie tutaj przez kilka dni. Rodrick grzecznie podziękował ojcu i mimo, że bardzo próbował się z tym ukryć, w jego głosie oprócz wdzięczności dało się wyczuć także znużenie całą sytuacją. Przede wszystkim jednak był ogromnie wściekły, że niedojrzała kreatura, jaką jest Steven Gibson, jego za przeproszeniem ojciec, zostawił go samego z tą sytuacją. Gdyby teraz odmówił mu pomocy… Rods mocniej zacisnął pięści i zostawił ojca przed telewizorem, przerzucając wojskową torbę przez ramię i wychodząc bez słowa.

Próba zespołu była jedną z najlepszych rzeczy jakich doświadczył w ostatnim czasie. Zrządzenie losu, że Oscar poszukiwał akurat perkusisty. Co prawda jego stara, poczciwa perkusja walała się nadal wśród kartonów gdzieś w pachnącym alkoholem mieszkaniu, jednak basista, Jerry, na czas prób użyczył mu swojej. Wspólnymi siłami wtaszczyli ją do przerobionej na prowizoryczne studio piwnicy w domu Oskiego i grając kilka coverów, po dwóch godzinach mieli próbę za sobą. Oscar chodził dumny jak paw, wróżył im świetlaną przyszłość i co chwilę powtarzał, że są niesamowici. Rod mimo woli uśmiechał się pod nosem. Czuł, że to miejsce należy do niego. Że on należy do tego miejsca. Że w końcu jest tam, gdzie powinien. Podziękował chłopakom za próbę i powoli zaczął pakować pałeczki do torby, kiedy Oskie zapytał, czy nie ma ochoty na piwo.
Wzdrygnął się.
Piwo.
A l k o h o l.
Głośno wciągnął powietrze i grzecznie odmówił.
Wspiął się po schodach i już miał wychodzić, kiedy napotkał zmęczone spojrzenie wielkich oczu znad jogurtu. Przyglądała mu się badawczo, jakby był dla niej interesujący… i przerażający jednocześnie. Nie bardzo wiedział co robi, ale słowa same płynęły z jego ust:
- Mógłbym gdzieś cię zabrać? - Czuł się jak jeden z tych kolesi, co to mają więcej żelu niż włosów i sypią takimi tekstami do każdej laski w klubie. Żeby dodać sobie pewności, schował obie ręce w kieszenie. - To znaczy… Próba się skończyła a ja nie chcę wracać jeszcze do domu i w ogóle. A Oskie i Jerry postanowili się spić, a ja nie piję i…
- Dobrze – przerwała mu cicho.
Rodrick zamrugał oczami. Rose odstawiła kubeczek z jogurtem na blat stołu i założyła buty. Niewiele myśląc wyszli razem nic nikomu nie mówiąc.

Większość drogi szli w milczeniu. I jedno i drugie nie miało w sobie tyle odwagi, żeby podsunąć temat. Chwilę później drogę zabiegło im jakieś stworzenie. Rosalie krzyknęła cicho, a Rodrick się zaśmiał. Okazało się, że to tylko kot, co przypomniało dziewczynie żart, jaki przypisała długowłosemu i sama się zaśmiała. Nadal trochę ją przerażał. Zegar wskazywał prawie północ, a ona szlajała się z dala od domu z potencjalnym mordercą kotów. Szybko odgoniła te myśli.
- Na czym grasz? – spytała w końcu.
- Perkusja.
- Długo?
Skinął jedynie głową mrucząc coś pod nosem.
- Ja rysuję – powiedziała, żeby go zachęcić.
Spojrzał się na nią. Wbiła wzrok w swoje buty rumieniąc się po uszy. Jak dobrze, że jest ciemno.
- Wiążesz z tym swoją przyszłość? – zapytał całkiem poważnie.
Pokręciła głową.
- Chyba nie jestem w tym wystarczająco dobra.
Uśmiechnął się przypominając sobie rysunki, które wieńczyły ścianę jej pastelowego pokoju.
- Jesteś dobra. Znaczy… Widziałem rysunki. W twoim pokoju.
Schowała włosy za ucho analizując wczorajszy wypadek i ingerencję Rodrica. Gdyby nie on… Kto wie kiedy Oskie by ją znalazł, biorąc pod uwagę, że rzadko wynurza się ze swojej Ciemni.
- Dziękuję… za wczoraj.
Rod skinął głową. Przeszli kilka metrów, aż znaleźli się na małej, niestrzeżonej plaży. Mimo ciemnej nocy jaśniała setką świateł. Rosie aż zabłyszczały oczy. Pojedyncze światełka w różnych kolorach wzbijały się w niebo tworząc naturalny, ogromny żyrandol. Ludzie robili zdjęcia i co chwila odpalali kolejne światełka.
Rods usiadł na wydmie i poczekał, aż Rosalie się do niego dosiądzie. Nie trwało to długo. Wpatrywała się w wieniec lampionów jak zaczarowana nie zwracając uwagi na zimno. A trzęsła się niemiłosiernie. Nie bardzo wiedząc, czy może objąć ją ramieniem, narzucił jej na ramiona swoją skórzaną kurtkę. Spojrzała na niego przez moment wzrokiem pełnym wdzięczności, po czym znów wlepiła wzrok w korowód świateł.
- Rosalie? – szepnął. – Nie rób tego więcej.
Dokładnie wiedziała o co mu chodzi. O nie-jedzenie. O unikanie posiłków. O mdlenie. A przede wszystkim o sprawianie niewysłowionej przykrości babci i Oscarowi.
Nie zabrzmiało to jak reprymenda. Bardziej jak prośba. Skinęła głową.
- Obiecuję.