piątek, 24 maja 2013

6.


ROSALIE 

Całe spotkanie z Rodrickiem potrwało zaledwie kilka chwil. Kilka chwil, które dały Rose wiele do myślenia. Przesycone alkoholem powietrze dobiegające zza starych, obdrapanych przez czas drzwi, wdarło się w jej nozdrza już w pierwszym momencie, gdy tylko zobaczyła stojącego w przejściu Roda. Chciała mu powiedzieć tak wiele, podziękować, przeprosić i nawet poprosić o powrót. Niestety, niewiele z tego wyszło, zresztą jak zwykle, gdy planuje się cokolwiek. Miała przytyć, obiecała sobie odżywiać się normalnie, chociażby dla James'a, który tamtego felernego dnia czekał na nią w parku. Nie dotarła, przespała za to całe popołudnie, wieczór, noc i nawet kawałek ciepłego poranka. Planowała wiele zmian, jak zwykle wszystkie wzięły w łeb już przy pierwszym podejściu.
  Szczególnie ten, w którym miała nadzieję, że w końcu się zakocha. Szczęśliwie zakocha.

- Rosie, bądź dziś dla niego miła, błagam - szepnął Oskar mijając ją w kuchni.
  Otwierając lodówkę uderzył ją zapach jedzenia. Tak wiele różnych potraw, półgotowych dań, a nawet kilka nadgryzionych, zaczęło tak emanować swoją wonią, że po krótkiej chwili zakręciło jej się w głowie. Zwymiotowała prosto do zlewu.
- Mała, nic ci nie jest? - wyglądając zza przejścia wydawał się być przejęty. Obiecał sobie opiekować się siostrą; zbyt wiele razy nawalił. Przytrzymał jej włosy łapiąc je w kucyk i odczekał chwilę, aż się uspokoi.
  - Nic mi nie będzie, spokojnie - opłukując usta zabrała włosy z jego ręki i odeszła zamykając po drodze lodówkę. - Mógłbyś mi skoczyć po jakiś jogurt?
- Jasne, chwilę. Babciu, chcesz coś ze sklepu?
  - Nie, nie, kochanie. Tylko wróć zaraz - kręcąca się po salonie staruszka odkurzała starannie stojące w rogach wysokie kwiaty, z liśćmi uginającymi się pod swoim ciężarem. Uwielbiała je, uwielbiała pracę przy roślinach. Prawie tak, jak kochała dwójkę swoich ulubionych wnucząt. - Rosalie, herbata ziołowa jest w górnej szafce, zaparz sobie, słonko.
  Dziewczyna skinęła jedynie głową, zupełnie jakby wiedziała, że i tak będzie musiała ją wypić. Przyzwyczaiła się do obrzydliwego zapachu, który roztaczał ciepły wywar kupiony w jakimś podrzędnym sklepie zielarskim. Ale działała na apetyt.
  Już miała pomóc babci, gdy ciszę zakłócił dzwonek. Dźwięk rozniósł się po całym domu, ale tylko Rose odwróciła głowę w stronę drzwi. Staruszka pilnie odkurzała kolejne rośliny, sprawiając, że ich grube, pokryte woskiem liście znów zaczynały błyszczeć.
  - Otworzę - ucałowała ją w pomarszczony policzek i na palcach podbiegła do drzwi, po czym uchyliła je na tyle, by móc dostrzec sylwetkę gościa stojącego za nimi.
  - Cześć. Mogę?
  - Jasne, pewnie - odpowiedziała po chwili, rozpoznając głos osoby stojącej w półmroku. Uśmiechnęła się do siebie, ciesząc się, że naprawdę przyszedł. - Oskie skoczył do sklepu, zaraz powinien przyjść. Rozgość się - gestem dłoni zaprosiła go do salonu, przyglądając mu się ukradkiem.
  Zdecydowanie nie był w jej typie. Ciężkie buty odbijały się echem po korytarzu, zostawiając na podłodze brudne ślady. Kilka łańcuchów, skóra i kolczyki dodawały mu swego rodzaju uroku, ale ją przyprawiały jedynie o gęsią skórkę. Włosy potargał mu zimny, wieczorny wiatr, tak więc układały się we wszystkie strony sprawiając, że z takim artystycznym nieładem wydawał się być jeszcze bardziej przerażający. Musiała jednak przyznać, że ton jego głosu był zdecydowanie przyjazny i było w nim coś, co sprawiało, że chciała dowiedzieć się o nim czegoś więcej.
- Kawy? Herbaty? Coś... mocniejszego? - zapytała niepewnie, nie mając pojęcia czy aby na pewno wygląda na tyle lat, ile posiada. Nie wiedziała o nim nic, prócz tego, że lubi grać i ma na imię Rodrick.
Rodrick.
Zupełnie jak średniowieczny rycerz. Rycerz w czarnej zbroi, okuty łańcuchami, trochę opętany, czasem zjadający koty w towarzystwie równie mrocznych pań, przy muzyce tak ciężkiej, że jedynie nieliczni są w stanie jej słuchać. A koty obiera zawsze w lewo.
  Uśmiechnęła się idąc w stronę kuchni, nie słysząc nawet jego odpowiedzi.
- Kawę, jeśli można - rozsiadł się na lekko wytartej kanapie i rozejrzał po salonie. Gdzieniegdzie mógł dostrzec stare fotografie, inne były zrobione całkiem niedawno. Na każdym ludzie byli uśmiechnięci. Szczęśliwi. Nie znał tego świata, był mu wręcz zbyt odległy.
- Proszę - przyniosła kawę na stolik ponaglając samą siebie za głupi żart z kotem. Miała tylko nadzieję, że nie powiedziała tego na głos. Widocznie nie, skoro się jeszcze na nią nie rzucił. Już denerwowała się w duchu na Oskara, że kazał jej czekać w jednym pomieszczeniu z kimś " takim ", gdy drzwi nagle się otworzyły. Wpadł jak burza marudząc na pogodę. Nawet nie zauważył, że Rod już przyszedł. Położył jogurty na szafce i zanim zdążył ściągnąć buty Rose zabrała kilka i w pośpiechu pognała na schody kiwając mu jedynie głową w stronę kanapy. Podszedł niepewnie i zauważając burzę ciemnych włosów odetchnął z ulgą.
  - Cześć. To jak, gramy? - zapytał podając dłoń osobie, która już niedługo miała obrócić jego świat do góry nogami.

5.

RODRICK






Rodrick jeszcze długo nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok patrząc się to w sufit, to we wielki plakat Matta Tucka na drzwiach znajdujących się na przeciwległej ścianie. W końcu wstał i po cichu przekradł się do salonu. Tam z poplamionego stolika do kawy wziął papierosy i zapaliczkę, po czym znów wrócił do pokoju. Doświadczenie nauczyło go, żeby nie zamykać drzwi, ponieważ nigdy nie wiedział, co mogło się zdarzyć.
Otworzył okno na oścież, usiadł na parapecie i zapalił. Przytrzymał chwilę dym, po czym wypuścił go ze świstem. Na ulicy nie było żywego ducha, co jakiś czas jedynie przejeżdżało auto. Okolica była niezbadana i wyraźnie biedna.
Miał nadzieję, że wszystko się odmieni po przeprowadzce, że matka przestanie pić, a on sam zacznie prowadzić normalne życie, jak większość nastolatków. Niestety, rzeczywistość nieco różniła się od jego wyobrażeń na ten temat. Jeżeli tak dalej pójdzie, to sam będzie musiał poszukać jakieś pracy po lekcjach. Została mu jedna klasa liceum, wtedy zarobi na motor i ucieknie gdzieś w głąb kraju. Łudził się, że tam będzie mu lepiej.
A co z matką?
Zaciągnął się, po czym zgasił niedopalonego papierosa i wyrzucił go na chodnik. Uśmiechnął się kwaśno pod nosem, po czym wybiegł z pokoju wracając z niedopitymi butelkami. Zamachnął się z całej siły, po czym głuchy trzask szkła przed domem zbudził sąsiada. Szybko zatrzasnął okno i ułożył się na łóżku.
Tak nie może być. Od jutra wszystko się zmieni. On sam się o to postara.



– Rodrick! – krzyk odbił się echem od ścian i momentalnie postawił go na nogi. Kiedy stanął w drzwiach pokoju, wyniszczona i wyraźnie zmęczona kobieta już tam stała. – Rodrick, gdzie one są?
Spojrzał się na nią z pogardą. Aż się wzdrygnęła.
– Gdzie jest… co?
Złapała go za przeguby dłoni i szarpnęła z całej siły. Czuł, jak paznokcie wbijają mu się w nadgarstki. Mimo to, była tak drobna, że szarpnięcie nic mu nie zrobiło.
­ – Ja muszę. Ty nic nie rozumiesz! – krzyknęła, zanosząc się szlochem. Puściła go i próbowała przepchnąć się w drzwiach, ale chłopak ani drgnął. Spróbowała jeszcze raz, ale podobny efekt osiągnęłaby pchając głaz. Nawet na jego twarzy nie było widać żadnych emocji.
– Daj mi pieniądze. Błagam, tylko dychę.
Prychnął.
– Nie mamy pieniędzy, rozumiesz?! Nie mamy, bo wszystko przepiłaś!
Spojrzała się na niego niewidzącymi oczami, po czym znów zalała się łzami.
– Nieprawda. Kłamiesz.
Odepchnął ją od siebie odwracając się na pięcie. Trzasnął drzwiami pokoju, po czym chwycił za telefon. Mimo, że dawno nie wykręcał tego numeru, nie mógł go zapomnieć. Przyłożył słuchawkę do ucha i czuł, jak serce podchodzi mu do gardła.
Jeden sygnał.
Miał wrażenie, że trwa całą wieczność. Matt z drzwi uparcie patrzył na niego uśmiechając się zawadiacko. Jakby chciał powiedzieć „a nie mówiłem, że prędzej czy później do zrobisz?”.
Drugi sygnał.
Z każdą sekundą coraz bardziej wydawało mu się, że to wszystko bez sensu. Jeżeli niczego to nie zmieni, przynajmniej będzie miał poczucie, że próbował, a nie zostawił tego tak, jak jest.
Trzeci sygnał.
– Halo? – odezwał się męski głos w słuchawce.
– Cześć… tato.



Kiedy ktoś zapukał do drzwi, znalazł się przy nich z prędkością światła wyprzedzając matkę. Ojciec byłby tak szybko? Dzwonił może pół godziny temu. Zwlekając chwilę, naparł na drzwi, które tradycyjnie ustąpiły po użyciu siły. Kiedy zobaczył za nimi siostrę Oscara, przez chwilę już myślał, że trzaśnie drzwiami i ucieknie do pokoju. Ona tutaj? Kiedy złapał się na tym, że na moment przestał oddychać, westchnął i obejrzał się przez ramię. Mama stała tuż za nim opatulając się znoszonym szlafrokiem.
– Kto to, Roddie?
Zignorował ją i wyszedł przed dom. Po chwili dopiero zauważył Oscara; skinął na niego, co Oskie odebrał jako dobry znak.
– Nie zaproszę was do środka. Czego chcecie?
– Ja tylko – zaczęła Rosie po czym urwała. Przez chwilę walczyła z sobą i własnymi myślami i zaczęła jeszcze raz. – Chciałam przepro…
Przerwał jej.
– Przeprosiny przyjęte. Spieprzajcie.
Uniósł brew widząc jej zdziwiony wzrok. Nie wyraził się dosyć jasno?
– Rod, próbuję dojść do porozumienia.
Westchnął, po czym przyłożył dłoń do skroni.
– Przecież się porozumieliśmy, tak? Wracajcie do domu, nie macie tu czego szukać.
Zrezygnowana Rosie i jeszcze bardziej zrezygnowany Oscar już mieli pakować się do auta, kiedy w ostatniej chwili zatrzymał ich głos Rodricka.
– Wpadnę wieczorem.
Uśmiech Oscara i ulga na twarzy Rosie były nie do opisania. Rod odwrócił się na pięcie i napierając na drzwi wrócił do rzeczywistości.

4.


Oskar

         - Rosie jest na kanapie - z wrodzoną czułością staruszka pokierowała sanitariuszy w stronę niewielkiego salonu. Przyzwyczaiła się do ich wizyt. Wcześniej zabierali Rosalie do szpitala na kilkudniową obserwację, lecz od pewnego czasu podłączali ją jedynie do kroplówek i prosili o kontakt, w razie, gdyby coś było nie tak.
- Konieczna będzie kolejna interwencja psychologa - skwitował jeden z ratowników medycznych, o stażu dłuższym niż reszta kolegów, z którymi przyjechał. - I ktoś powinien z nią poważnie porozmawiać. Wykończy się.
- Dobrze, rozumiem - odpowiedział Oskar trzymając siostrę za dłoń. Siedział na brzegu kanapy obserwujac odchodzących sanitariuszy. - Obiecuję się tym zająć.
Spoglądając na Rose tępym wzrokiem widział dokładnie wystające spod bluzki kości i właśnie to uświadomiło go, jak bardzo ją zaniedbał. Miał gdzieś, czy je, czy w ogóle oddycha, dopóki nie zobaczył jej stanu z bliska. Zmizerniała od czasu śmierci rodziców, w dodatku wcześniej nawet tego nie dostrzegł. Był na siebie wściekły. Jedyne co przychodziło mu na myśl, to to, że przecież to on miał się nią opiekować. Nawalił.
- Babciu, idź odpocząć, ja z nią posiedzę.
- Nic jej nie będzie, to twarda sztuka - uśmiechnęła się delikatnie ukazując jeszcze więcej zmarszczek na poszarzałym starością czole.
- Wiem, babciu, doskonale o tym wiem.
Gdy tylko staruszka zniknęła za progiem, znów zauważył jak bardzo się mylił. Wcale nie wyglądała na silną. Była krucha. Zupełnie bezsilna wobec swojego losu, którego za żadne skarby nie mogła już zmienić. A przecież miało być dobrze, przecież każdy powtarzał do bólu, że wszystko się ułoży...
Jedynie osoby, które nie doświadczyły podobej straty, mogą opowiadać o tym, jak to czas goi rany. Cholerni imbecyle. Czas jedynie utwierdza nas w przekonaniu, że nie mamy władzy nad naszym życiem. Raz jesteśmy, a raz nas nie ma. Papierowe kukiełki pochłaniane co rusz przez nieobliczalne płomienie. Przez los, który chciał tak, a nie inaczej. Jednak nic nie dzieje się bez powodu. Tylko jaki Bóg mógł mieć powód, by zabrać im to, co mieli najcenniejsze?

- Cześć, Oskar - cichy głos wydobywający się z pełnych i kształtnych ust Rosalie rozszedł się po piwnicy.
- Co ty tu robisz? - przestraszony wstał z fotela i odkładając gitarę pognał ją na górę. - Wracaj do łóżka, jutro musisz już wrócić do szkoły.
- Wiem, chciałam ci tylko podziękować - szepnęła i przystanęła na chwilę tuż przed wyjściem. - Dzięki, że znów mnie uratowałeś. Obiecuję, że to był już... ostatni raz - dokończyła niepewnie, jakby sama nie mogła uwierzyć w to, co mówi. - Na prawdę mi przykro, nie chciałam, to...
- To nie ja cię uratowałem - przerwał jej i przypomniał sobie jak potraktował Rodricka i jakie fałszywe oskarżenie rzucił w jego kierunku.
- Więc kto?
- Rod - odpowiedział. Widząc, że dziewczyna nie ma pojęcia o kim mowa, opowiedział jej o nowej znajomości.
Błądząc wzrokiem po obdrapanej ścianie myślami wrócił do sytuacji i już miał wybiec i jechać go przeprosić, gdy nagle powiedział:
- Ubieraj się.
Zrozumiała dopiero, gdy wsunęła na siebie za luźne już rurki. Miała być jego przepustką - chciał, by Rodrick wrócił do zespołu.
- Na pewno nie jestem w jego typie - mruknęła zapinając pasy w czarnym Volvo. Kupił go tuż po otrzymaniu odszkodowania za samochód, którym jechali rodzice. Musiał mieć dobre auto, by być w stanie wozić babcię oraz wiecznie odwiedzającą szpitale Rosalie. Auto choć swoją elegancją nie pasowało do rodziny - spisywało się całkiem nieźle.
Warkot silnika zagłuszył wywód Rosie na temat tego, jacy chłopacy są akurat w jej stylu, a pisk opon całkowicie wyrzucił ją z rytmu.
- Nie chodzi o to, czy mu się spodobasz, czy nie.
- W takim razie, o co?
- O to, że mu podziękujesz. Jemu, nie mi. Osobiście. A wtedy ja go przeproszę, a on wróci do grania. Zgoda?
- Tak to sobie wszystko zaplanowałeś? Ale zgoda. Niech ci będzie.
- Dzięki, Mała - przysuwając jednym ramieniem jej głowę musnął ją w sam czubek czoła. Przewrażliwiona na punkcie skupienia za kierownicą krzyknęła i odsunęła się, lecz nawet to nie było w stanie popsuć mu humoru. Rodrick był mu potrzebny, w dodatku od zaraz.
Podjeżdżając pod adres, który zostawił wraz ze swoim numerem telefonu, zdziwiła się widząc charakterystycznie biedną okolicę. Sami nie byli bogaci, ale tutejszy bałagan i niezadbane budynki mówiły same za siebie. Wysiadając z auta rozejrzała się nerwowo i powoli podeszła do drzwi jeszcze raz sprawdzając adres.
- To tu? Na pewno? - oglądając się za siebie spojrzała na Oskara, który tylko wzruszył ramionami. Zapukała.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Nikt nie otwierał. Odwróciła się i już miała odejść, gdy ktoś szarpiąc za klamkę próbował je otworzyć. Po kilku mocniejszych szarpnięciach drzwi się uchyliły.

3.

RODRICK



Kładąc ją na skórzanej, nieco startej kanapie, przyglądał się jej bacznie, jakby na twarzy mogła mieć wypisany powód utraty przytomności. Niestety – twarz zawzięcie milczała, lekko rozchylone wargi nie poruszały się, a szczelnie zamknięte powieki nawet nie drgnęły. Kanapa cicho zaskrzypiała pod jej ciężarem. Odgarnął długie, jasne włosy z jej twarzy…
…kiedy nagle trzasnęły drzwi. Te same, którymi Oscar ulotnił się do piwnicy.
- Coś ty jej zrobił?! – warknął gotowy rzucić się na niego, gdyby tylko wykonał jeden ruch.
Rodrick podniósł obie dłonie w geście obrony i powoli, jednak pewnie odsunął się na bezpieczną odległość. Oscar miotał spojrzeniami pioruny w jego stronę. W porządku, Rod wyglądał, jak wyglądał, ale w gruncie rzeczy muchy by nie skrzywdził.
- To nie…
- Nie tłumacz się – przerwał mu O. – Jeżeli dowiem się, że to ty, wniosę oskarżenie.
- Uspokój się. – Rodrick dość teatralnie przewrócił oczami. Czuł, jak wściekłość bezpodstawnych oskarżeń uderza go jak fala. Nieprzyjemne gorąco rozeszło się po kręgosłupie. Zaciskał, to luzował pięści. W takich sytuacjach często tracił panowanie nad sobą, jednak nigdy nie pozwolił, żeby emocje znalazły ujście w przemocy. Częściej w autoagresji. – Nic bym jej nie zrobił. Ciesz się, że w ogóle ją znalazłem.
Oscar nie dawał za wygraną. Mroził chłopaka spojrzeniem, jakby chcąc go nim przygwoździć z dala od siebie i siostry. Chwilę później spojrzenie stopniało, ukazując zatroskaną twarz starszego brata. Bąknął coś, co zabrzmiało jak dzięki. Rod poinformował go dość oficjalnie, że wezwał karetkę i że powinna być tu za kilka minut, po czym podniósł się z klęczek, na których siedział na tyle długo, że ścierpły mu nogi. Wyciągnął się po czym ruszył w stronę wyjścia. Na jego nieszczęście, po drodze natknął się na staruszkę, która otworzyła mu drzwi.
- Co to za zamieszanie? – spytała spoglądając najpierw na długowłosego Rodricka, potem uważnie przyglądając się Oscarowi. Na koniec spojrzała na kanapę, gdzie bezwładnie leżała jej wnuczka oddychając ciężko i aż zasłoniła usta pomarszczonymi dłońmi. W przerażonych, morskich tęczówkach Rod zauważył zmęczenie. Zdecydowanie, cała sytuacja zwaliła się na głowę kobiety.
- Znowu – sapnęła kobiecina, czym zadziwiła gościa.
- Nic jej nie będzie – powiedział, jakby te słowa mogły ją uspokoić.
- Wiem.
Wiem? Chłopak nic nie rozumiał. Przed chwilą naskoczył na niego Oscar grożąc mu sądem, a ta kobieta mimo zdenerwowania sytuacją, zachowała zimną krew. Nie zostało mu więc nic innego, jak usunąć się z linii ognia.




Zamek w małym mieszkanku nie chciał ustąpić. Wcale go to nie zdziwiło. Odkąd się tu sprowadzili, nic nie działało tak, jak powinno. Zaparł się ramieniem w ciemnobrązowe drewno, po czym naparł z całej siły. Kiedy to nie pomogło, powtórzył czynność kilka razy, aż w końcu drzwi obiły się z łoskotem o ścianę. Pachniało papierosami i alkoholem. Po podłodze walały się ubrania, popielniczki i fajki. Odłożył torbę na szafkę w przedpokoju, po czym zebrał ciuchy z podłogi przewieszając je sobie przez ramię. Kopnął plastikowe pudełko po obiedzie z restauracji naprzeciwko, po czym wszedł do salonu.
- Mamo? Wróciłem.
Odpowiedziała mu cisza. Wrzucił ciuchy do koszyka na pranie za drzwiami, po czym otworzył okno, żeby papierosowy dym wywietrzał. Wyłączył telewizor, w którym leciała kolejna powtórka Przyjaciół, po czym zabrał butelki ze stolika i wyrzucił do śmietnika.
„Serce jej popękało w Paryżu nad Sekwaną.”
Kobieta, która spała na kanapie miała nie więcej, niż czterdzieści lat. Mimo to wyglądała dużo starzej. Miała głębokie bruzdy na czole i w okolicach ust. Była chuda, miała długie, potargane, ciemne włosy i do złudzenia przypomniała swojego jedynego syna.
Rodrick czuł niewysłowiony smutek za każdym razem, kiedy widział ją w takim stanie.
„Uciekła z niej miłość i zgubiła się radość.”
A wszystko zaczęło się, kiedy odkryła, że ojciec Rodricka oprócz niej, ma inną kobietę. Był miłością jej życia, światełkiem w tunelu, radością w nudnej codzienności. Karmił ją złudzeniami, obiecywał wyśnione życie u swojego boku. Był facetem idealnym.
„W za ciasnej łazience zmywa wino z ubrania.”
Budowali dom, mieli dobrze płatne prace, na świat przyszedł Rodrick, oczko w głowie mamusi. Wszystko było idealnie zaplanowane. Mieli się zestarzeć u swojego boku, mieć jeszcze dwójkę dzieci. A wszystko się sypnęło jak domek z kart.
„Oczy ma popękane, znów piła do rana.”
Zaczęła pić, straciła pracę i musieli wyjechać. Rodrick wolał zostać z mamą, czuł obowiązek pomocy jej.  Poza tym, pilnował, żeby skromny zasiłek dla bezrobotnych i alimenty nie szły jedynie na alkohol. Sprzątał, gotował, uczył się i czasem dorabiał. A teraz chciał mieć trochę szczęścia, dołączyć do zespołu, a tymczasem został bezpodstawnie oskarżony o napaść na biedną dziewczynę.
Westchnął i wziął mamę na ręce. Przetarła zmęczone oczy i spojrzała się na niego niewidzącym wzrokiem.
- Kim jesteś?
Zaniósł ją prosto do sypialni, ułożył na łóżku i przykrył kołdrą.
- Cichym Aniołem Stróżem – szepnął i cmoknął ją w policzek, po czym wyszedł i cicho zamknął drzwi.



„Serce jej popękało nocą na autostradzie.
Kiedyś śmiała się częściej, dziś uśmiecha się rzadziej.
Usta krwawoczerwone, a policzki ma blade
I chociaż nie powinna, to wygląda już starzej.”




* Cytaty pochodzą z piosenki „Serce w Paryżu” zespołu Koniec Świata.

2.

ROSALIE

Krążąc wokół niewielkiego kuchennego stołu w cienkiej, satynowej pidżamie podskakiwała na palcach, niczym niespełniona baletnica. Nucąc pod nosem ulubioną piosenkę The Kooks zebrała naczynia i odstawiła wszystko do zlewu nie zauważając nawet, że do kuchni weszła staruszka o niesamowicie przyjaznym wyrazie twarzy i głębokich, silnie czekoladowych, pełnych czułości i troski oczach. Podobna była do królowej Elżbiety, może trochę starsza, trochę bardziej posiwiała i z większą ilością zmarszczek na czole, ale to nie Elżbieta ma na głowie dwójkę dorastających ludzi. 
- Dzień dobry, babciu - prawie unosząc się nad wyłożoną kafelkami podłogą, w stylu tych restauracyjnych z lat 50-tych - specjalnie dla babci, musnęła ją w sam środek czoła i opadła na pięty spoglądając chwilę na nią.
- Rosalie, co ja ci mówiłam o bosych stopach? Ubierz się, proszę i zrób coś z tymi włosami - chwytając w słabe dłonie koniec długich, pofalowanych pasm w kolorze nadmorskiego piasku przeczesała je delikatnie. - Jadłaś dziś już coś?
- Już idę na górę, zaraz się przebiorę. Poza tym mamy weekend, jest dopiero dziesiąta i nie spodziewamy się gości. Świat się nie zawali, gdy trochę postraszę w domu - omijając doskonale niewygodne pytanie popędziła w stronę schodów, z których właśnie schodził wysoki młodzieniec. 
- Ubierz się, błagam - warknął. 
- Przebierz się, błagam - odpowiedziała i zlustrowała jego kolejną czarną kreację. Według niej przechodził po prostu dłuższy niż jego rówieśnicy okres buntu, a czernią wyrażał taki właśnie stosunek do świata. Zwisający na szyi krzyżyk i wyłaniające się zza rękawów tatuaże, czy kilka kolczyków na twarzy zdecydowanie odsuwały ją od niego z każdym dniem coraz bardziej.

Po śmierci rodziców był dla niej jedynym bohaterem, obrońcą i ojcem w jednym. Babcia zaopiekowała się nimi wręcz od razu, lecz nie ona odprowadzała ją do szkoły, a przede wszystkim nie była w stanie obronić jej przed kretynami uganiającymi się za niewinną twarzyczką i chodzącą naiwnością. Każdo z nich stratę przechodziło na inny, własny sposób. Oskar stał się opryskliwy i zamknięty w sobie; całe dnie spędzał w piwnicy marząc o prawdziwym zespole i koncertach, a Rose skupiła się na sztuce. Niestety żałoba wywarła na niej również negatywne skutki. Potrafiła nie wychodzić z pokoju przez kilka dni, nie jeść, nie rozmawiać z nikim, poza znajomymi z drugiej strony stanu, czy nawet świata, którzy rozumieli ją tak, jak nikt inny. Organizm Rosalie zaczął się buntować i w końcu zaczęła lądować w szpitalu. Nic nie dały terapie i szerokie grono psychologów. Nadal często zdarza jej się pomijać posiłki i wcale nie z powodu swojej wagi, która wisiała na włosku, a z powodu braku jakiejkolwiek kontroli. Nie mogła przywrócić rodzicom życia, była bezsilna. Nic nie mogła zrobić. Jednak mogła zrobić coś ze sobą, ze swoim ciałem. Kilkukrotnie powtórzyła, że najchętniej dołączyłaby do rodziców, przez co babcia sama musiała brać więcej leków niż zwykle. Ale nie dziś, dziś miała znakomity humor, choć nikt nawet nie wiedział z jakiego powodu. 

- Jeszcze kilka godzin - uśmiechając się spojrzała na zegar z kwiatowym wzorem na tarczy. Pokój nie należał do największych, ale miała w nim wszystko, czego potrzebowała. 
Mała garderoba, lub raczej przesuwana szafa, zatrzeszczała cicho i ukazała wnętrze rodem z nowojorskiego butiku. Wyciągając tunikę w delikatnym, łososiowym kolorze i czarne rurki, zauważyła, że z górnej półki wystaje niewielki róg jakiegoś zeszytu, ewentualnie książki. Przeklinając swój wzrost stanęła na palcach i już czuła papierowy grzbiet pod opuszkami, gdy nagle poczuła, że świat kręci się w drugą stronę i upadła prosto na puchowy, biały dywan. Szczęście pozwoliło jej upaść obok szafki nocnej, omijając głową ostre rogi. 
Kilka, może kilkanaście minut później ciężkie buty stanęły na progu drewnianego parkietu, jakim był wyłożony dziewczęcy pokój. Z ich cholewek wylewały się długie, szczupłe nogi, odziane w podarte spodnie, a wszystko kończyło się zdezorientowanym wyrazem twarzy przysłoniętym ciemną grzywką. 
- To raczej nie jest łazienka - powiedział sam do siebie i już miał wyjść, gdy zauważył, że pokój nie jest pusty. Na podłodze, zza łóżka, wystawała niewielka dłoń i kłąb blond włosów. Wrodzona ciekawość nie pozwoliła mu odejść obojętnie. 
Podszedł powoli i wyciągając długą szyję zaczął dostrzegać coraz to dalsze partie ciała lokatorki. Leżała wyciągnięta na dywanie, z twarzą całkowicie zasłoniętą i nienatualnie ułożoną dłonią. Widząc, że coś zdecydowanie jest nie tak, kucnął i sprawdził puls. Wyczuwając lekkie drganie chwycił ją szybko na ręce, po czym wołając Oskara zszedł na parter. Ułożył bezwiednie zwisające ciało na kanapie i złapał za telefon, by jak najprędzej wybrać numer pogotowia. 

1.

RODRICK



Z wielkich, czarnych słuchawek leciała głośno ostra muzyka. Ciemne, opadające gładko na oczy i ramiona włosy chowały twarz, która nie zdradzała żadnych emocji. Wysoki osobnik szedł, chowając obie dłonie w kieszenie. Z koszulki uśmiechał się zadziornie lekko sprany Oliver Sykes wraz z zespołem, a z czarnych, podartych rurek zwisał mozolnie ciężki, stalowy łańcuch. Mijał ludzi obojętnie, jednak oczami, schowanymi za lustrzanymi pilotkami, uważnie lustrował każdego mijanego przechodnia. Lubił przyglądać się ludziom, potajemnie każdemu z nich dorabiał życiorys. Każdy posiadał inny, równie mroczny i tajemniczy, co aura, jaką rozsiewał wokół siebie.
Głośny stukot glanów na chwilę ucichł. Zatrzymał się na pasach. Wcisnął przycisk zmieniający światła, po czym pierwszy raz rozejrzał się dookoła. Spojrzał się w prawo, potem w lewo, po czym lekko przechylił głowę w bok, jakby nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Ściągnął okulary z nosa i podszedł bliżej, ignorując zielone światło. Zrobił kilka kroków w stronę pobliskiej tablicy informacyjnej, po czym zerwał kartkę w kratkę zapisaną niedbałym, pismem, które bardziej przypominało kulfony, niż litery. Przeczytał kilka razy, zapamiętał adres, po czym odwiesił kartkę na miejsce i puścił się biegiem w stronę pasów, na których już mrugało światło.



Dom był ogromny, ale nie przesadnie urządzony. Skromny ogródek zarastało jedynie kilka krzaczków, a podjazd stanowiła ubita ziemia. Mocno zacisnął obie, chude dłonie na wojskowej torbie, aż zbielały mu kłykcie. Zazwyczaj się nie denerwował, jednak teraz czuł niepokój, którego źródła nie potrafił określić. Nacisnął przycisk dzwonka, po czym rozejrzał się po wejściu. Skromne, dwuskrzydłowe drzwi aż błagały się o odmalowanie, a z wycieraczki starł się już napis Welcome!
Chwilę później otworzyły się drzwi, a w nich stanęła stara, poczciwa kobiecinka, która wyglądała, jakby przetrwała od paleozoiku. Odchrząknął.
- Dzień dobry – zaczął niskim, dźwięcznym głosem.
- Dzień dobry, złociutki. – Czuć było strach w głosie kobiety. Wcale się nie zdziwił, wręcz przeciwnie, był zaskoczony, że zareagowała tak spokojnie. Żadnych staruszek w autobusie bijących cię po głowie parasolką. Żegnaj, Nowy Jorku!
- Ja… – zaczął, choć nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Potarł kark chcąc dodać sobie odwagi. – Widziałem ogłoszenie, ale chyba pomyliłem adresy.
Uśmiechnął się przepraszająco i już miał się odwrócić na pięcie, kiedy zatrzymał go męski głos.
- Ty pewnie do zespołu, co?
Spadł z niego niewidzialny ciężar. Nie pomylił adresu. Spojrzał przez ramię i skinął głową.
- Awesome. Na czym grasz?
Odwrócił się, sięgnął do torby i wyjął parę poniszczonych pałeczek z autografem CC. Chłopakowi w drzwiach momentalnie rozszerzyły się źrenice. Uśmiechnął się z podziwem i podał mu dłoń.
- Oscar.
- Rodrick – powiedział już nieco pewniej wyginając usta w uśmiech.



Mieszkanie w środku było umeblowane równie skromnie, co reszta domu. Nie czuć było biedy, jednak przepych nie bił po oczach. Rodrick czuł się tu bezpiecznie, jakby w tym domu nie działo się nic złego. Zatrzymał się na moment.
- Muszę do łazienki.
Oscar spojrzał się na niego i wskazał drzwi po prawej stronie schodów.
- Będę w piwnicy. Łazienka jest na piętrze, ostatnie drzwi na lewo.
Ro skinął głową po czym poczekał, aż chłopak zniknął za drzwiami i prawie wleciał na górę.
Teraz zaczyna panikować? On, człowiek, który ma wszystko gdzieś? Ale z drugiej strony, zawsze o tym marzył. To dla niego życiowa szansa. Wchodząc po schodach oddychał głęboko i powoli, ważąc każdy oddech i każdą myśl. Wszystkie drzwi na piętrze wyglądały identycznie, toteż szybko stracił orientację w terenie. Zdezorientowany chwycił za klamkę środkowych i pchnął.
Uderzył go kwiatowy zapach, po oczach biły pastelowe kolory. Cały pokój zdawał się być przygotowany po to, żeby uspokajać. W niczym nie przypomniał jego nory zawalonej kartonami, których jeszcze nie rozpakował, z pojedynczą, zapadłą pryczą i ogromnym plakatem Matta Tucka na drzwiach. Tutaj na ścianach królowały kwiaty, pejzaże i zdjęcia roześmianych nastolatek, łóżko było ogromne, podwójne i idealnie zasłane. Naprzeciwko niego stał skromny regał pełen książek, a obok niego biurko. Ciasny, ale przytulny kącik. Już chciał się odwrócić i wyjść, kiedy zdał sobie sprawę, że nie jest sam.