piątek, 24 maja 2013
4.
Oskar
- Rosie jest na kanapie - z wrodzoną czułością staruszka pokierowała sanitariuszy w stronę niewielkiego salonu. Przyzwyczaiła się do ich wizyt. Wcześniej zabierali Rosalie do szpitala na kilkudniową obserwację, lecz od pewnego czasu podłączali ją jedynie do kroplówek i prosili o kontakt, w razie, gdyby coś było nie tak.
- Konieczna będzie kolejna interwencja psychologa - skwitował jeden z ratowników medycznych, o stażu dłuższym niż reszta kolegów, z którymi przyjechał. - I ktoś powinien z nią poważnie porozmawiać. Wykończy się.
- Dobrze, rozumiem - odpowiedział Oskar trzymając siostrę za dłoń. Siedział na brzegu kanapy obserwujac odchodzących sanitariuszy. - Obiecuję się tym zająć.
Spoglądając na Rose tępym wzrokiem widział dokładnie wystające spod bluzki kości i właśnie to uświadomiło go, jak bardzo ją zaniedbał. Miał gdzieś, czy je, czy w ogóle oddycha, dopóki nie zobaczył jej stanu z bliska. Zmizerniała od czasu śmierci rodziców, w dodatku wcześniej nawet tego nie dostrzegł. Był na siebie wściekły. Jedyne co przychodziło mu na myśl, to to, że przecież to on miał się nią opiekować. Nawalił.
- Babciu, idź odpocząć, ja z nią posiedzę.
- Nic jej nie będzie, to twarda sztuka - uśmiechnęła się delikatnie ukazując jeszcze więcej zmarszczek na poszarzałym starością czole.
- Wiem, babciu, doskonale o tym wiem.
Gdy tylko staruszka zniknęła za progiem, znów zauważył jak bardzo się mylił. Wcale nie wyglądała na silną. Była krucha. Zupełnie bezsilna wobec swojego losu, którego za żadne skarby nie mogła już zmienić. A przecież miało być dobrze, przecież każdy powtarzał do bólu, że wszystko się ułoży...
Jedynie osoby, które nie doświadczyły podobej straty, mogą opowiadać o tym, jak to czas goi rany. Cholerni imbecyle. Czas jedynie utwierdza nas w przekonaniu, że nie mamy władzy nad naszym życiem. Raz jesteśmy, a raz nas nie ma. Papierowe kukiełki pochłaniane co rusz przez nieobliczalne płomienie. Przez los, który chciał tak, a nie inaczej. Jednak nic nie dzieje się bez powodu. Tylko jaki Bóg mógł mieć powód, by zabrać im to, co mieli najcenniejsze?
- Cześć, Oskar - cichy głos wydobywający się z pełnych i kształtnych ust Rosalie rozszedł się po piwnicy.
- Co ty tu robisz? - przestraszony wstał z fotela i odkładając gitarę pognał ją na górę. - Wracaj do łóżka, jutro musisz już wrócić do szkoły.
- Wiem, chciałam ci tylko podziękować - szepnęła i przystanęła na chwilę tuż przed wyjściem. - Dzięki, że znów mnie uratowałeś. Obiecuję, że to był już... ostatni raz - dokończyła niepewnie, jakby sama nie mogła uwierzyć w to, co mówi. - Na prawdę mi przykro, nie chciałam, to...
- To nie ja cię uratowałem - przerwał jej i przypomniał sobie jak potraktował Rodricka i jakie fałszywe oskarżenie rzucił w jego kierunku.
- Więc kto?
- Rod - odpowiedział. Widząc, że dziewczyna nie ma pojęcia o kim mowa, opowiedział jej o nowej znajomości.
Błądząc wzrokiem po obdrapanej ścianie myślami wrócił do sytuacji i już miał wybiec i jechać go przeprosić, gdy nagle powiedział:
- Ubieraj się.
Zrozumiała dopiero, gdy wsunęła na siebie za luźne już rurki. Miała być jego przepustką - chciał, by Rodrick wrócił do zespołu.
- Na pewno nie jestem w jego typie - mruknęła zapinając pasy w czarnym Volvo. Kupił go tuż po otrzymaniu odszkodowania za samochód, którym jechali rodzice. Musiał mieć dobre auto, by być w stanie wozić babcię oraz wiecznie odwiedzającą szpitale Rosalie. Auto choć swoją elegancją nie pasowało do rodziny - spisywało się całkiem nieźle.
Warkot silnika zagłuszył wywód Rosie na temat tego, jacy chłopacy są akurat w jej stylu, a pisk opon całkowicie wyrzucił ją z rytmu.
- Nie chodzi o to, czy mu się spodobasz, czy nie.
- W takim razie, o co?
- O to, że mu podziękujesz. Jemu, nie mi. Osobiście. A wtedy ja go przeproszę, a on wróci do grania. Zgoda?
- Tak to sobie wszystko zaplanowałeś? Ale zgoda. Niech ci będzie.
- Dzięki, Mała - przysuwając jednym ramieniem jej głowę musnął ją w sam czubek czoła. Przewrażliwiona na punkcie skupienia za kierownicą krzyknęła i odsunęła się, lecz nawet to nie było w stanie popsuć mu humoru. Rodrick był mu potrzebny, w dodatku od zaraz.
Podjeżdżając pod adres, który zostawił wraz ze swoim numerem telefonu, zdziwiła się widząc charakterystycznie biedną okolicę. Sami nie byli bogaci, ale tutejszy bałagan i niezadbane budynki mówiły same za siebie. Wysiadając z auta rozejrzała się nerwowo i powoli podeszła do drzwi jeszcze raz sprawdzając adres.
- To tu? Na pewno? - oglądając się za siebie spojrzała na Oskara, który tylko wzruszył ramionami. Zapukała.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Nikt nie otwierał. Odwróciła się i już miała odejść, gdy ktoś szarpiąc za klamkę próbował je otworzyć. Po kilku mocniejszych szarpnięciach drzwi się uchyliły.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz